Rysy – Na dachu Polski

Najwyższy szczyt Polski od zawsze przyciągał turystów. Nie inaczej było w pewną sierpniową sobotę, na którą zaplanowaliśmy wejście na Rysy.

Trasa miała nie przewidywać szaleństw – samochód zostawiliśmy na parkingu w Palenicy potem miało być wejście i zejście tą samą drogą. I choć w górach nie powinno się zmieniać swoich planów, to jednak szybki czas zdobycia szczytu i nutka podróżnika pozwoliły nam schodzić na słowacką stronę. Dzięki temu można powiedzieć, że za jednym zamachem zaliczyliśmy dwa szlaki.

Na tą wycieczkę wyruszyliśmy pięcioosobową ekipą i niemal od początku trasy było widać, że są to ludzie obeznani w górach, a przy tym z dobrą kondycją. Motywacji i tempa na szlaku nam nie zabrakło. Do Morskiego Oka weszliśmy w trochę ponad godzinę, następne pół godziny później byliśmy już pod Czarnym Stawem (wejście pod Czarny Staw bardziej szczegółowo opisaliśmy TUTAJ). Tam też zrobiliśmy pierwszy postój i zjedliśmy śniadanie.

Czarny Staw pod Rysami, niestety pod słońce

Następnie rozpoczęła się właściwa wspinaczka. Z początku, w trakcie obchodzenia stawu nie jest zbyt stromo, natomiast należy się nastawić na dłuższy, często skręcający odcinek. Również jak na innych północnych trasach możemy spotkać tutaj sierpniowy śnieg. No i mnóstwo ludzi.

Być może w naszym przypadku było to spowodowane weekendem, jednak nie da się ukryć – Rysy dzięki swojej wysokości budzą respekt u postronnych turystów. Wejście na nie czasami jest traktowane za punkt honoru, mimo tego, że w naszych Tatrach jest wiele trudniejszych i bardziej wymagających szlaków. Ale Rysy to Rysy, kto żyw musi je przecież zdobyć. I to nic, że bardzo często ludzie nie zdają sobie sprawy z ich trudności i – przede wszystkim – długości szlaku. Trzeba zdobyć i koniec. Choćby i w sandałach.

Kolejny przystanek zrobiliśmy na osławionej Buli pod Rysami na wysokości 2054 metrów. Jest to duża polana, na której nie zabraknie trawy i miejsca dla wypoczynek, przy choćby największej liczbie turystów. Często już z oddali słychać gwar ludzi na niej wypoczywającej, więc i my postanowiliśmy posilić się na ostatnim przyjaznym miejscu.

Po odpoczynku czekały nas w końcu łańcuchy i surowy górski krajobraz. W końcu dotarliśmy do popularnej „grzędy”, którą biegnie letni szlak na Rysy. Grzęda biegnie wzdłuż rysy, od której nazwę zawdzięcza szczyt, i to właśnie ta rysa jest z reguły źródłem wszelkiego niebezpieczeństwa na szlaku. Jest ona bowiem żlebem biegnącym praktycznie od szczytu przez około 500 metrów w dół. Upadku w nią nie polecamy, a już samo spojrzenie powoduje mocniejszy ścisk łańcucha.

Nie można jej na pewno bagatelizować, ale również demonizować, ponieważ szlak jest dobrze zabezpieczony łańcuchami, a największą trudność może nam sprawić głowa, kiedy staniemy na skraju rysy i dostrzeżemy monumentalizm otaczającej nas natury. Praktycznie do samego szczytu towarzyszą nam łańcuchy. Niekiedy nawet w miejscach, które nie są do tego wymagane, jednak ze względu na sporą liczbę turystów warto je było tam wstawić dla poprawy ogólnego bezpieczeństwa.

Tuż przed szczytem czeka nas największa atrakcja całej wyprawy. Przełączka. Jest to miejsce, w którym rozpoczyna się opisane wcześniej rysa, a skoro my idziemy po jej lewej stronie, a szczyt jest po prawej, to nieuniknione jest jej przejście w najwęższym punkcie. I to jest właśnie tam. Również tutaj po raz kolejny największe problemy może sprawić głowa i świadomość 500metrowej przepaści pod naszymi stopami. Trzeba jednak postawić ten krok, trzymając się jednocześnie łańcucha i…tyle. Nie wymaga to żadnych większych umiejętności technicznych.

Do przełączki lubią się tworzyć kolejki, my czekaliśmy na jej pokonanie około 15 minut. To dobry czas, żeby zapoznać się z całą sytuacją, jednocześnie opanować, a wtedy jej przejście nie wydaje się już takie straszne.

Kolejka do przełączki

Chwilę po jej przejściu jesteśmy już Rysach – najwyższym punkcie położonym w Polsce! Tutaj ekspozycja robi wrażenie. Z każdej strony możemy podziwiać kwintesencje tatrzańskich krajobrazów. Wystarczy tylko znaleźć swoje miejsce i rozkoszować się widokami.

Jak powiedzieliśmy na wstępie, to właśnie na szczycie z powodu dobrej pogody i jeszcze lepszego czasu zmieniliśmy swoje plany. Zejście na słowacką stronę przypomina już jednak deptak. Jest też krótsze, a jedyne utrudnienia na trasie zostały obwarowane drabinkami i łańcuchami. Na dobrą sprawę mogłoby ich tam nie być, gdyż spokojnie radzimy sobie bez nich.

Na szlaku tym znajduje się również najwyżej położone schronisko w Tatrach. Schronisko pod Rysami leży bowiem na wysokości 2250 metrów, czyli wyżej niż Krzyżne czy Zawrat. Serwują tu również ciepłe posiłki oraz piwo, które na takiej wysokości smakuje podwójnie.

W schronisku mieliśmy ostatni postój tego dnia. Potem niezwłocznie ruszyliśmy w kierunku Szczyrbskiego Jeziora, żeby zdążyć na cokolwiek, co pojechałoby w kierunku granicy. Niestety, nie udało się. Wracaliśmy stopem. Ale czy właśnie za taką spontaniczność nie kochamy podróży?

3 komentarze

    1. Trzeba wyjść naprawdę wcześnie rano, żeby na szczycie być jeszcze przed pierwszą falą turystów. No i oczywiście w trakcie tygodnia, a nie przez weekend 🙂

      admin
  1. Pingback: Przełęcz Krzyżne - Mirki w podróży

Możliwość komentowania jest wyłączona.